And was Jerusalem builded there
Amongst those dark Satanic mills?
(William Blake)
wstecz, skoro były pieśni nadawczych stacji i czas
gdy eter drżał, bo lśniła pomiędzy nami złota
nitka radia. że dzisiaj owinięta w deszcz
zwarty jak izolacja, to można na chwilę
przywołać stare bagno, bezbłędny ogniku.
biały szum niech cię chroni. transmitery mgły,
awarie łącza. wszystko, co zagłusza,
więc nawet syk tej mowy, kiedy się gotuje:
zły fiolet, para w kotle. tłok jest zatrzymany,
słowa nie mają ruchu. niech zatem nie dotrą,
niech list się zgubi, a dziewiętnastowieczny
konduktor nie przyjmie paczki. wsiąknie wszystko
(deszcz, deszcz) w bezpieczny sztafaż dagerotypu,
w stuletnie wątpliwości. będzie dźwiękiem poniżej
poziomu szumu, światłem poniżej mgły.
w niej zobaczymy, co się tak zaklina
na siły wieku pary i metalu: dym
pomiędzy policzkami, wydech. wydech ciągle z tym gorzkim
powidokiem popiołu, papieru. jeszcze z sinym
widmem od materialnej czcionki, więc zakładamy,
że papier to musiało boleć. a co dopiero
bezcenną, purpurową materię gardła. jest mowa,
która przełyka ołowiane litery,
taki jej urząd. mowa, która przyjmuje
czcionkę na cienkościenne ciało,
na każdy detal,
nawet wewnętrzny. i jest groźna maszyna,
która uparła się drukować właśnie
teologię. więc mowa umyka się od ust,
od mięsnej trąbki. bo nagle na nic cała technika:
na siły wieku pary i metalu, na dym
i na wszystko, co kipi nad nim, trochę wyżej,
w sinawych zwojach (prąd, prąd) nie da się