gapię się na to głupio, okiem przystosowanym
do jeszcze jednej fali, mimo że jej nie ma
poza pamięcią. po nocach, które gnały
w siwej i potarganej koronie fosforescencji
bez masztu do przywiązania, po dniach jak gasnący
gniew, który okupował piece maszynowni,
a karmił się pokładem, wyparło mnie aż tu
i zostawiło. spiralę lin, krąg piany,
westchnienie sadzy. wszystko splątane w kulawą
figurkę, wreszcie zatrzymaną w ruchu –
nie wiem tylko, czy całkiem. po wyjściu spod prysznica
dalej mierzę postępy soli w mokrych śladach,
suchość języka, charkot w gardle. a
tym razem cicho chciałbym do ciebie i miękko,
wstyd mi umieć inaczej. od umienia jest głowa
która się myli nawet opisując
najoczywistsze pandemonium. w niej
łopoczą wciąż bandery wojowniczych seriali,
uczących, że ktokolwiek pełznie w mokrych łachach,
z latarką w zębach, z kleksem błota na policzku,
z kalekim talizmanem w kieszeni na piersi,
to potem będzie strzelać. w głowie ma przerąbane
każdy jeden komandos smutnego desantu,
więc przegra sam ze sobą, uznając się za
punkcik przeciwstawiony krążeniu radaru,
martwy piksel w powodzi telewizyjnego
światła. i nie wymyśli, że mógłby zagadać
z tego miejsca, gdzie nagle dostał ekspozycję
jak kropka przed pacmanem. więc pełznie po cichu,
podczas gdy światło ćwiczy na nim okrągłe
litery, nazwy prosto z mapy. bo status
pogranicza to istnieć dzięki opisowi.