pacman (2)

gapię się na to głupio, okiem przystosowanym
do jeszcze jednej fali, mimo że jej nie ma

poza pamięcią.      po nocach, które gnały
w siwej i potarganej koronie fosforescencji

bez masztu do przywiązania, po dniach jak gasnący
gniew, który okupował piece maszynowni,

a karmił się pokładem, wyparło mnie aż tu
i zostawiło. spiralę lin, krąg piany,

westchnienie sadzy. wszystko splątane w kulawą
figurkę, wreszcie zatrzymaną w ruchu –

     nie wiem tylko, czy całkiem. po wyjściu spod prysznica
dalej mierzę postępy soli w mokrych śladach,

suchość języka, charkot w gardle. a
tym razem cicho chciałbym do ciebie i miękko,

wstyd mi umieć inaczej. od umienia jest głowa
która się myli nawet opisując

najoczywistsze pandemonium. w niej
łopoczą wciąż bandery wojowniczych seriali,

uczących, że ktokolwiek pełznie w mokrych łachach,
z latarką w zębach, z kleksem błota na policzku,

z kalekim talizmanem w kieszeni na piersi,
to potem będzie strzelać. w głowie ma przerąbane

każdy jeden komandos smutnego desantu,
więc przegra sam ze sobą, uznając się za

punkcik przeciwstawiony krążeniu radaru,
martwy piksel w powodzi telewizyjnego

światła. i nie wymyśli, że mógłby zagadać
z tego miejsca, gdzie nagle dostał ekspozycję

jak kropka przed pacmanem. więc pełznie po cichu,
podczas gdy światło ćwiczy na nim okrągłe

litery, nazwy prosto z mapy. bo status
pogranicza to istnieć dzięki opisowi.