szum w uszach jak z nadajnika, do którego się dorwał
światowy spisek. falom pozginał obręcze,
uplótł z nich wianki pełne elektrod. tak śpiewa,
by nie mogła leniwie szeptać biedna mowa,
w której świat się rozciąga na trzy słowa w lewo
i cztery w prawo. na całą szerokość
pamięci krótkotrwałej, gdzie zmieści się wypustka,
sama końcówka pytania, oraz haczyk,
początek odpowiedzi. potem nastanie mądrość
języka, który zdania następne zbuduje
z poprzednich, a w ten sposób odtworzy sobie nas,
sieć oraz media. ustali sekundę,
w której się palce zaczną spieszyć do przycisku
„pomiń”, aby po drodze zetknąć się i wygrać
albo gdy wstajesz (kabel napina się) by w porę
ściszyć reklamę, zanim zmyślę dla niej
kolejne chore nazwy leków, ciągle
zresztą te same. świat się powtarza, język
parcieje, pamięć skomplikowanych rytmów
znowu się przepisała na tydzień poprawek.
takie jesteśmy szare żarówki, lampy popielne,
że musimy ostrożnie: jątrzyć światło o stopień,
o schodek ledwie, bowiem jest piętrowe i
jeżeli zbyt jaskrawe, to wstaje znad piwnicy,
z którą strach się zadawać nawet poprzez strop.
trzeba się ograniczyć. zagarnąć dla siebie
tylko tyle jasnego, by przykryło czarny
czynnik, płonący drucik, który jest u spodu
białego halo.
kiedy to przyjmiemy,
nauka wygaszania sama się ułoży
w nową opowieść o szkiełku i oku.