spleśnieć na twoich mikroskopach, niebo,
aby zasłonić. bo wybierasz kraj
po czym odwracasz w nim znaczenie światła,
rotacja rośnie nad nim, ciemne śmigło,
które nie wznosi. skryć kraj, nim się zacznie
twój desant. zanim wodoy śródlądowe ciała
wpiszesz pomiędzy ścisłe brzegi, w szum
który mamrocze lipne ekspertyzy,
że konkretna niewola kwestią jest strategii,
bowiem funduje festiwal wolności,
już abstrakcyjnej. szum wie, że głowa tak się myli.
szum wie, co głowa przyjmie: sufity złej muzyki
pomijanej przez ucho, wstrzykiwanej wprost
do dygocących mięśni, z których idzie rozpęd
dla wszystkich konsekwencji zbiorowego tańca,
w tym słów, pławienia kobiet za pomocą słów,
topienia dzieci. tak wznosi się kraj, krawędź
i strach: byle nie znaleźć się po mokrej stronie,
w drużynie morza, lecz gdzieś wyżej, skąd
dokładnie widać, komu śnięta ryba
ponton z rozprutym brzuchem albo sól
posiana nocą na grządce, by wschodził
z niej strach przed morzem. jeżeli masz być
tą śliską gałką oczną bez tęczówki, zimnym
mikroskopem bez wzroku, kompletnie nieczułym
na balet twoich ludzi, którym się spod stóp
kurz wzbija i odłamki piekła, wówczas lepiej
zasłoń się, zniknij, nie tykaj nas, niebo,
stwórz świat bez siebie – niech tobie będziemy
zamkniętym jeżem średniowiecznej gwiazdy,
przeczuwającym:
wszystkie tak powstały.