kosmogonia (4)

spleśnieć na twoich mikroskopach, niebo,
aby zasłonić. bo wybierasz kraj

po czym odwracasz w nim znaczenie światła,
rotacja rośnie nad nim, ciemne śmigło,

które nie wznosi. skryć kraj, nim się zacznie
twój desant. zanim wodoy śródlądowe ciała

wpiszesz pomiędzy ścisłe brzegi, w szum
który mamrocze lipne ekspertyzy,

że konkretna niewola kwestią jest strategii,
bowiem funduje festiwal wolności,

już abstrakcyjnej. szum wie, że głowa tak się myli.
szum wie, co głowa przyjmie: sufity złej muzyki

pomijanej przez ucho, wstrzykiwanej wprost
do dygocących mięśni, z których idzie rozpęd

dla wszystkich konsekwencji zbiorowego tańca,
w tym słów, pławienia kobiet za pomocą słów,

topienia dzieci.     tak wznosi się kraj, krawędź
i strach: byle nie znaleźć się po mokrej stronie,

w drużynie morza, lecz gdzieś wyżej, skąd
dokładnie widać, komu śnięta ryba

ponton z rozprutym brzuchem albo sól
posiana nocą na grządce, by wschodził

z niej strach przed morzem.     jeżeli masz być
tą śliską gałką oczną bez tęczówki, zimnym

mikroskopem bez wzroku, kompletnie nieczułym
na balet twoich ludzi, którym się spod stóp

kurz wzbija i odłamki piekła, wówczas lepiej
zasłoń się, zniknij, nie tykaj nas, niebo,

stwórz świat bez siebie – niech tobie będziemy
zamkniętym jeżem średniowiecznej gwiazdy,

przeczuwającym:
wszystkie tak powstały.