poeci z czasem nie rosną, oni maleją
bo wysypują się z nich przedmioty, a organizm
upraszcza się do głowy, narządów rodnych i bólu,
który przez krtań prze ciemną samogłoską.
jeszcze do serca, a jakże. i wtedy nie sposób
pisać do kogoś z imieniem jak przepływ krwi
między przedsionkiem a komorą.
do ciebie.
boję się uproszczenia, jego kroków przez mięso,
haków wbijanych w czasie czerwonej wspinaczki.
boję się prostowania ścieżek, odginania
ogniw oddechu. bo łuk wygrywa z linią,
węzeł jest sensem liny. i żyły się w środku
plączą, póki nie przyjdzie śmierć ze staromodnym
liniałem, nie da po łapach, od czego się palce
wyprostują, a uchwyt – wiadomo. i w dół,
w którym żyły już nie chcą. lecz póki przeważa
tętno nad precyzyjną kreską tamy, owszem.
w tym chceniu także boję się. strach błyska
przez pragnienie, jak naga żarówka ze sceny
przesłuchania.
(w objęciu trzymasz mnie pod światło:
kopertę z tłuszczu, pestkę nieczytelną
dla samej siebie, bo bezzębną. żeton).