imperia wywoziły to na zewnątrz, przez sieć
dróg prostych jak szramy po biczu,
wieszając
innym na szyjach paciorki i węzły torowisk,
a potem szarpiąc. tutaj kolonia rośnie
od środka, uciskając narządy wewnętrzne.
stąd głód, pragnienie, krew ściśnięta bardziej
niż poświst w uszach w pompce od roweru,
albo srebrny koralik powietrza – jedna z wielu
musujących pastylek, którymi butla karmi
wiecznie głodnego nurka.
stąd pochodzi szum
i w nim w końcu utopi się bezsenna głowa,
kiedy się w środku nocy rozbije o ekran
ze ścianą wody za nim. tego już nie oswoisz
bajką o rybce śpiącej na liściu wodorostu,
cichej jak płuco,
czy filmem, w którym morze się gniewa,
tego już nie obejrzysz przez porysowany
peryskop, mętne lustra składające się
w stary obraz kontrolny. tego już nie przepłyniesz,
nie przejdziesz, bo cię wyspa otoczy i zje.
to zrobi wyspę. ulepi ją z błota i śliny,
z wilgotnych śladów, któreśmy maskowali,
zacierając podeszwą, potem nogawką, i stąd
wzięły się nam figury lokalnego tańca.
to nas w końcu postawi przed brzegiem zbyt podobnym
do plaż z telewizyjnej mapy czerwonych punktów
aby przegapić, że stoimy tam jako
jeszcze jedno z podwodnych, zstępujących plemion