szum w uszach jak nawigacja, długie dyktando współrzędnych.
plaża, trupy pontonów w dziennikarskim świetle.
morze ma na dnie sitko i korek na srebrnym łańcuszku.
a jednak nie ma opcji, aby wyciągnąć go z brzegu.
dlatego wysyłają zastępy topielców,
jedną wywrotną łódkę po drugiej. i kiedy
z góry słyszę twój laptop, a nad nim unosi się piana
kobiecych głosów z sitcomu, to widzę cię w brzydkim hełmie
staromodnego nurka, który z wydepczyskiem
dna rozmawia z pomocą ołowianych butów.
morze jest poplątane. zamiast fal rysując.
niebieskie nitki, nawet dziecko przeczuwa,.
że gdy zanurzysz obcy, pionowy element:
linę, rurkę od pompy, cholerny łańcuszek.
który się jeszcze nie znalazł, wówczas zaciska się.
supeł.
wówczas milczysz, dławiąc się pierwszą rzeczą z brzegu.
łóżka: książką, gorzkim owocem tabletu w twardej łupinie,
giętkim jak łuska węża pokrowcem telefonu.
wówczas milczy i skóra, bo pory dławią się wodą
i wzbiera taki subtropik, że tylko migrować,
ale nie wiesz którędy. do rysowania ci mapy
musiałbym usiąść dalej, przegapić punkt wyjścia,
ponieważ właśnie z niego mapy nie ma.
dlatego gadam tylko od strony światła, kamer,
kontenerów ze zbędnym teraz rozdawnictwem
ryżu i czapek z daszkiem. brzeg właśnie wystawia
siny i szorstki jęzor nocnej plaży,
po to, by lądowanie było nieapetyczne,
pełne otrząsań z piachu, soli, morskiego garniru
i strachu, aby nie zmienić się w to obok
o czym nie umiesz powiedzieć: połknięte czy wyplute.