tyle upału, ciężkiego i kwaśnego jak oddech
istoty, która przygląda się z wysoka,
lecz oko ma poza zasięgiem i proporcje twarzy
pozwalające czuć tylko powiew, pasemka śliny.
to nie jest za daleko i nie będzie, przeciwnie
niż pełznące jak larwy trasy naszych eskapad
niż zdobyta po drodze wiedza, że tyle upału,
tyle oddechu de facto metodą usta-usta,
choć te są zdalne i pełne gorączki, dwutlenku węgla,
oburzeń. tyle żaru nad rzeką, nad suchym kłączem
ulic pnących się w górę bądź staczających się
z placu podpisanego trzema krzyżykami
i niczym innym, bo istota tak lubi,
więc będzie żarła wszystkie klimatyzowane
zakątki, aż zostanie tylko powietrze, które
zagryzła i przeżuła, by wtłaczać do ust.