Ale Twa powszechna łaska, Panie wieczny,
by cień światła Twojego, ten to blask słoneczny,
chociaj rzeczy oświeca jednako poddane,
same promieni czyste i polerowane
(Mikołaj Sęp-Szarzyński)
interpretując niebo z wrogą kaligrafią
lotnictwa bombowego, pisał: miasto, nad którym
przeleciał cmentarz. powtarzał się, aż
po wielu latach krtań mu wyłuskali,
aby zamilczał.
teraz świst gra w opustoszałym
gardle, świst nad warszawą, nad londynem, dreznem.
i niebu rosną skrzydła z łamanym symbolem
słońca: raptem luftwaffe, lot nurkowy, piana
chmur naokoło lotnika. smaczne odblaski
na owalu kabiny: czerwień nad płonącym
półmiskiem ziemi.
drugi, dawno, pisał
o łasce, której cieniem jest słońce: jak spada
z brzękiem na lśniący pancerz duszy. który odbija. na
jej lustro, które pęka. na blachy kadłuba,
które z bliska są cienkim naskórkiem w pełnym słońcu
jedenastego września. łuską powietrznej ryby.
trzecich było za mało. w samolotach o nazwach
ciężkich, lądowych zwierząt, w skórzanych kurtkach, nie mogli
udowodnić, że kraj ma niebo. lecz ginęli
pod własnym słońcem.
czwarty wolał konkretną
sztukę materii: rzucał samolotami
w przeszklone wieże zamorskiej stolicy
dziesięć lat temu. i skruszyły się,
kielichy pod aukcyjnym młotkiem, a mocarstwo
wyczerpało toasty.
startuje się w rocznicę,
a w głowie bagaż: grzmot bombardowania.
gardło gąsiorowskiego. składające się
do lotu w ziemię wieże. w gazecie artykuł
o kapitalistycznych wzorcach wertykalnej
redystrybucji światła. co do motta, patrz: motto.
i jak to przetłumaczyć na wiek całkiem innej
gradacji blasku, gdy pod wygaszonym
niebem widać po ciemku szklane wysypiska
i się pamięta, że samolot ma profil
wyłamany do wiatru: aerodynamicznego
krzyża. zdatny, by zmiażdżyć, co jeszcze próbuje
jarzyć się. a naprzeciw stoi tylko to
nic materialne: ruch oporu powietrza.