Prawdą jest, że w mym życiu istniał taki okres, gdy literalnie mieszkałem w fabryce, chociaż ta nie stanowi bynajmniej dobrego domu. Byłem jednakże młodym wynalazcą, bez zobowiązań rodzinnych, a ściślej po nieodwracalnym krachu próby ich zaciągnięcia.Poznańskie towarzystwo stalowych utensyliów, jak również mrukliwych majstrów, przenosiłem zatem nad zgiełk warszawskiego salonu, po którym bym musiał obnosić gębę smutną i skwaszoną, niezmienną przy tym jak order otrzymany za niebywałe zasługi w trakcie przegranej bitwy.

W fabryce zasadniczo mieszkać się nie da. Stróż jednak znał mnie dobrze, a poczęstunki w formie eksperymentalnych odmian alkoholu, których produkcja stanowiła jedynie wąski, choć efektowny margines moich zatrudnień, przyjmował z egzemplaryczną wręcz wdzięcznością. Umieszczenie gdzieś w hali produkcyjnej siennika i dwóch derek nie stanowiło więc dla niego problemu. Po drugie zaś na miejscu trzymały mnie inne projekty, których szczegółów ujawnić w obecnej sytuacji nie mogę.

Nieraz budziłem się w ciemnościach, nasłuchując, czy w syki i bulgoty mojej aparatury nie wkradł się jakiś ton fałszywy, który oznaczałby, że całą robotę trzeba zacząć od nowa. Niepokojących odgłosów nigdy jednak nie usłyszałem. Byłem co prawda młody, a akademiccy puryści mogliby to i owo zarzucić memu wykształceniu, posiadałem jednakże dar Boży – intuicję pozwalającą szczęśliwie omijać najpoważniejsze problemy. Tak się przynajmniej młodej i dumnej głowie zdawało.

Historia Teodora Wasiaka to odrębny rozdział - rezerwuję go sobie na niedaleką przyszłość.