Uderza cię odwrócenie sytuacji, do jakiej przywykłeś przez sześć lat studiów. Wchodzisz bowiem na miejsce, gdzie zwykł stać wykładowca, profesorowie siadają zaś na koncentrycznie wznoszących się ławkach. Co prawda dalsze rzędy są puste, lecz z przodu siedzą ludzie, których szanujesz, podziwiasz, a teraz przede wszystkim się boisz. Jest profesor Iłżecki, wpatrujący się w ciebie świdrującymi oczami. Próbujesz przekonać samego siebie, że to jedynie efekt jego krótkowzroczności, lecz prawdę mówiąc nie bardzo ci się to udaje.

Obok niego siedzi sztywno wyprostowany profesor Kleist. W drugim rzędzie dostrzegasz zmierzwioną fryzurę profesora Wilczura, który z typową dla siebie skromnością usadowił się pomiędzy asystentami.

Usiłujesz zgadnąć, czego się możesz spodziewać po tej komisji - jakich pytań, jakiego nastawienia. Nagle mocny, oficjalnie brzmiacy głos przerywa twoje rozmyślania. To przewodniczący komisji, profesor Kleist, pyta, czy można zaczynać. Odpowiadasz: tak. Udało ci się osiągnąć przynajmniej tyle, że w twoim głosie nie było słychać drżenia.