Przez zakratowane okno policyjnej budy patrzysz na tego młodego człowieka, któremu powiedziałaś parę słów o przyszłości, aby go uratować przed pogubieniem się w życiu. Nie wiesz, czy to zadziała. Łączący was fluid rozrzedza się i słabnie z każdym obrotem koła, z każdym podskokiem auta na kocich łbach. Niejasno, niby w lusterku zaparowanym od twojego przyspieszonego oddechu, widzisz go, jak podchodzi do zbiegowiska ludzi. Jeden sposród nich leży na bruku i krwawi. Drugi, elegancki pan o czerwonej twarzy choleryka, pocący się pod nieco za grubym płaszczem, spogląda raz na leżącego, raz na młodzieńca, mówiąc coś, co wiruje jak podrzucona moneta, by w końcu upaść i zdecydować, co się wydarzy.
Swoją historię postrzegasz równie mętnie, chociaż z zupełnie innych przyczyn. Doskonale wiesz, co chcą zrobić policjanci: wywieźć cię za rogatki i poczęstować co najmniej grubym słowem, a może i szturchańcem na drogę. Chcą stać i patrzeć, jak się od nich oddalasz szosą na Radzymin. Wiesz też, że więcej dobrego, bądź też więcej złego, zrobiliby zatrzymując budę koło parku. Nie wiesz natomiast, czy ich do tego skłonisz, ani też co by się na miejscu stało. A bo też taka jest ta twoja przeklęta wiedza: nieomylna, gdy idzie o deszcz czy postępy choroby, wobec ludzkiej decyzji zatrzymuje się jak przed zamkniętymi na głucho drzwiami.
Historia Cyganki czeka na opowiedzenie. Ale to już inny rozdział, a może nawet inny autor