- No właśnie, dwa-trzy słowa usłyszane, to i na ciebie podobny strach
przechodzi. A ja podobne słowa mam zawsze w sobie, w myślach. Bo to
niby brzmi ładne: rozumieć, czytać z twarzy, z gestu, z tonu głosu,
z aury, czy jak wy nazywacie wszystko, czego nie widać, a co ma znaczenie.
A potem każde słowo staje się zagadką, każde zdanie skrzyneczką z kunsztownym
zamkiem i drugim dnem...
Dla ciebie też przeczuwam niebezpieczeństwo. Słuchasz, jakby te rozważania
nie były ci obce, jak gdyby jakąś strunę w duszy poruszały. Słuchasz uważnie,
więc wszystko jest dla ciebie nowe, to znaczy, że jeszcze nie widziałeś.
Ale niestety mógłbyś, bo mieszka w tym domu człowiek, co wiedzę sprzedaje
we fiolkach z ciemnego szkła, jak gdyby był to jakiś środek z apteki...
No i on nie wie nawet, czy to lek, czy trucizna.
Ty także nie wiesz. Nie wiem nawet ja, tylko mnie martwi, że on to sprzedaje
tak wszystkim bez różnicy, nieprzygotowanym!
Ciebie też przygotować nie mogę, nie zdążę. Mogę cię tylko ostrzec.
Jeśli przyjmiesz specyfik, to bacz, ażeby używać go tak, aby czyichś
losów nie poplątać.
Ja wiem na przykład, że gdyby sprawy szły naturalnym biegiem rzeczy,
to by policja mnie zgarnęła. Starsi radzili w takich razach pozwalać,
by rzeczy szły tym duktem, jakim szły by bez daru, co tobie, panie młody,
ku nauce pokażę.
Domówiwszy te słowa, Cyganka niespodziewanie wybiegła tuż przed maskę policyjnego auta. Kierowca jednocześnie nacisnął hamulec i z piskiem opon skręcił w prawo, na pusty o tej porze trotuar. Lewe drzwi auta znalazły się niemal naprzeciw twarzy Cyganki. Wkrótce wyskoczył z nich drugi policjant i po krótkiej szarpaninie zgarnął ją do samochodu.
Idziesz w stronę kawiarni, tak jak planowałeś.
Skąd ta kobieta wiedziała o fiolce, o narkotyku, czemu przed nim ostrzega? Czujesz, że musisz porozmawiać z Jerzym.