Stoisz przed kościołem, w którym głos kaznodziei wznosi się na kolejne piętra pozorowanej wściekłości. Cieszysz się, że wyszedłeś i nie rozróżniasz już słów. Prawdę mówiąc nigdy nie rozumiałeś, skąd u księży ten ton, tak niespójny ze wszystkim, co mówią, a częściej to właściwie czytają, o Bożej miłości. Nie chcesz się także jeszcze raz nad tym zastanawiać, jak zwykle do niczego byś nie doszedł. Pozostaje ci zatem pytanie bardziej praktyczne - co też masz zrobić z resztą dzisiejszego dnia?


Idziesz do parku.

Zmierzasz w stronę kawiarni, idąc drogą okrężną, tak że swoją kamienicę mijasz tym razem od frontu.