Park stoi pusty w chłodnym porannym powietrzu. Taki pusty i cichy, że wszelkie wyjątki od tej reguły dostrzegasz od razu. Widzisz na przykład, że na jednej z ławek siedzi kobieta w czerni, co chwilę przykładająca do twarzy koronkową chusteczkę. Za plecami natomiast słyszysz dźwięk metalu uderzającego o metal. Odwracasz się i widzisz, że w cieniu drzew, w pewnym oddaleniu od głównej alei dwóch mężczyzn fechtuje rapierami. Poza tym cisza i promienie niskiego słońca wbijające się w oczy.


Na kacu serce masz miękkie jak niedogotowane jajko i skłonne do wzruszeń. Podchodzisz do kobiety.

Tutaj się zaraz może polać krew, a ty już prawie jesteś lekarzem. Idziesz w stronę brzęku broni.

Nic tu po tobie, poza tym jest zimno. Zawracasz w stronę kawiarni.