Wychodzisz. Schody skrzypią, podoba ci się to. Zastanawiasz się nawet, czy istniałby sposób, by je nastroić. Czytałeś kiedyś takiego poetę, Tadeusz Julian Pajboś się nazywał, i pisał o muzyce dnia codziennego. Poza tym reszta tekstu to były straszne bzdury, ale to jedno zdanie utkwiło ci w pamięci.

Ranek jest chłodny, lecz mimo to stróż zdążył już wykonać swoje poranne obowiązki. Cieszy cię, że się z nim minąłeś, pewnie by zaczął zgadywać, gdzie idziesz i po co, wyczytując z twoich podkrążonych oczu więcej niż należy. Przez dokładnie wymiecione i absolutnie puste podwórze idziesz w kierunku bramy, nie wiedząc jeszcze, w którą stronę podążysz.


W lewo, potem kilkaset metrów w kierunku parku, tam chłód naprawdę będzie dojmujący, otrzeźwi cię jeszcze bardziej.

Na drugą stronę ulicy, potem kilkaset metrów w prawo, tam jest otwarta nawet o tej porze kawiarnia, ona właściwie nigdy się nie zamyka.