Potrząsasz za ramię śpiącego Jerzego, kolegi studiującego rok niżej od ciebie i podejrzanie zainteresowanego farmacją. Wszyscy już, chyba łącznie z profesurą, wiedzą, jak świetnie sobie w tej dziedzinie radzi. Zadziwia cię przy tym jego niespożyta energia, bo budzi się natychmiast, i wprawdzie z dezaprobatą spogląda na zegar, lecz zaraz zaczyna się krzątać, śmiejąc się przy tym i błyskając białkami nienaturalnie dużych oczu.

--- Aaa, preparacik! Wy wszyscy myślicie, że to coś specjalnego, podczas gdy cała tajemnica tkwi w odpowiedniej proporcji witaminy C i roztworu glukozy. No, prawie cała. To ci mogę zaaplikować po koleżeńsku i całkiem za darmo. Wiem, że ci pomoże, dosyć już takich zużytych mord widziałem. Dziś jednak, tak się składa, dysponuję opcją ekstra, z tym że ona kosztuje. Ile właściwie masz?


Mówisz: Zostańmy przy witaminach.

Grzebiesz w portfelu, powoli i teatralnie kładąc kolejne monety na stoliku koło łóżka. W pewnym momencie Jurek ze śmiechem mówi: starczy, znaj łaskę pana. Uśmiechasz się blado, podczas gdy on sięga po fiolkę z ciemnego szkła i dolewa jej zawartość do roztworu soli fizjologicznej.