Chłopiec jest chętny do rozmowy. Wręcz dławi się emocjami, jakie obudziło w nim wydarzenie sprzed kwadransa. Oto z kawiarni wybiegli żołnierze, a zaraz potem wytoczył się z niej jakiś grubas. Wybiegł kulejąc, a potem się przewrócił, wytrzeszczył oczy i twarz mu zsiniała. Ludzie tu dobrzy, próbowali pomóc, no ale nie wiedzieli jak. Aż wreszcie przyszedł jakiś aligancki staruszek, obejrzał typa, po czym wyjął kosę.
Nie zmyślaj --- włączył się jego kolega. --- Wyjął takie maleństwo na srebrnej rączce, pomazał je jodyną i dziab tamtego w szyję! A gruby, zamiast kipnąć, zaczął oddychać przez dziurkę.
Nie masz wątpliwości: w staruszku rozpoznajesz Iłżeckiego, nieco ekscentrycznego profesora chirurgii, a w gadaniu dzieciaka - opis tracheotomii. Ale że też profesor wykonał zabieg na ulicy, że też go za to jaka nieprzyjemność od miejscowych nie spotkała...
Dziękujesz chłopcu, rzucasz mu drobną monetę i spieszysz na egzamin.